Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą avon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą avon. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 czerwca 2016

Denko - maj

Po dość skromnym kwietniowym denku przyszła pora na coś większego (EDIT: teraz porównałam i wychodzi na to, że jednak są do siebie podobne ilościowo, ale nie objętościowo). Niby miesiąc tylko o jeden dzień dłuższy, ale to wystarczyło. O dziwo, wyjątkowo dużo działo się w ubiegłym miesiącu na włosach. Zapraszam


1. Bielenda, specjalistyczny płyn do demakijażu oczu - nie mam aż takich potrzeb, ale skusiła mnie bardzo atrakcyjna cena w Naturze, więc postanowiłam wypróbować. Bardzo fajny płyn, świetnie zmywał oczy, nie podrażniał. Wrócę jak trafię na kolejną super promocję.
Teraz: płyn micelarny Eveline
2. Biolaven, płyn micelarny olej z pestek winogron i olejek lawendowy - płyn o cudownym zapachu i bardzo dobrym działaniu a używałam go i do zmywania oczu i do doczyszczania twarzy. Niestety, na co dzień jest dla mnie za drogi, ale z pewnością wrócę i będę używać oszczędnie.
Teraz: próbuję dać drugą szansę Tołpie
3. KTC, woda różana - zwykle używam wody Dabur, ale tym razem padło na KTC. Jakoś nie widzę różnicy między nimi, dobrze spisuje się do maseczek i do tonizowania twarzy. Być może wrócę, bo jest tańsza.
Teraz: woda Dabur
4. Tso Moriri, tonik oczarowy - długo za mną chodził i w końcu jest! A w zasadzie był. I takie toniki to ja lubię - używasz i jesteś spokojna o pH a twarz nie błyszczy się, nie lepi, wygląda jak gdyby nigdy nic. Początkowo ciężko było przyzwyczaić się mi do zapachu, bo jest bardzo oryginalny, ale nie męczył po przetarciu twarzy. Chętnie wrócę.
Teraz: tonik ogórkowy Ziaja
5. Skin79, tonik Golden Snail (wersja mini) - to chyba najbardziej gęsty tonik z jakim miałam do tej pory do czynienia! Miał dość intensywny zapach, jakby perfumowany, ale nie przeszkadzało to w użytkowaniu. Na twarzy spisywał się jak ideał czyli był niewyczuwalny, ale zachował jednocześnie właściwości pielęgnacyjne. Chętnie przyjęłabym pełnowymiarowe opakowanie w prezencie ;) (na mój portfel jest za drogi)
Teraz: jw
6. Serical, maska mleczna - gigant, ale w końcu się udało. Bardzo podobał mi się zapach, na włosach spisywała się ok, nie obciążała. W sam raz do stosowania na co dzień.
Teraz: odżywka L'Occitane z sh a w kolejce Kallos Keratin
7. Marion, fluid na rozdwojone końcówki z olejkiem arganowym - w zasadzie to jestem rozczarowana. Spodziewałam się jakiegokolowiek efektu a w sumie nic nie zauważyłam. Do tego już koło połowy pompka przestała działać, więc musiałam nią dłubać, aby zużyć do końca. Przynajmniej zapach był bardzo przyjemny. Nie wrócę.
Teraz: coś a Avonu na końcówki, ale nie olejek (kuracja z keratyną)
8. Hesh Herbal, olejek do włosów Shikakai - mój pierwszy taki prawdziwy olejek i byłam nim zachwycona! Największą różnicę było widać po pierwszym użyciu, później albo się przyzwyczaiłam, albo efekt już nie był tak spektakularny. Przeważnie używałam na noc, rano zmywałam i wtedy włosy były jak marzenie: nawilżone (aż miałam wrażenie zimna na skalpie), odżywione, nie puszyły się tak bardzo, nawet kolor był jakby pogłębiony. Zapach bardzo ziołowy, intensywny i długo wyczuwalny na włosach, ale nie dla wszystkich (czyt. TŻ) przyjemny. Z ogromną chęcią wrócę.
Teraz: nie mam nic :(
9. Avon, upiększający balsam do włosów BB - używałam go do wygładzenia puszących się włosów i czasem się udawało a czasem wystarczyło dać odrobinę więcej i już włosy były brzydko pozlepiane. Spodobała mi się ta seria, bo w końcu zapach jest inny niż wszystkich produktów AT, ale nie wiem czy do niego wrócę.
Teraz: patrz pkt.7
10. Avon, kuracja ochronno-wzmacniająca - też chciałam, aby co nieco wygładziła mi kudły, ale średnio sobie radziła a przy stosowaniu tylu produktów do włosów nie jestem w stanie stwierdzić czy faktycznie zadziałała coś w kwestii wzmocnienia. Nie wrócę.
Teraz: patrz pkt. 7 i 9

11. Avon, żel pod prysznic Indian Rituals - zapach najgorszy z trzech ostatnio testowanych przeze mnie, męczyłam się. Żel jak żel, ale nie wrócę.
Teraz: 3 kolejne nowe propozycje żelowe od Avon na zmianę
12. Original Source, żel pod prysznic Coconut - podobnie jak wyżej. Lubię żele OS, ale ta wersja zapachowa wyjątkowo mi nie pasowała. Dziwny był ten kokos, w opakowaniu niby ok, ale na ciele wydawał się jakby stary, zepsuty. Nie wrócę.
Teraz: jw
13. Soraya, płyn do higieny intymnej Lactissima - bardzo wydajny produkt, który spisywał się w porządku. Jeśli miałabym wrócić to wybrałabym teraz inną wersję zapachową na spróbowanie.
Teraz: pianka Green Pharmacy
14. Soraya, serum do ciała Antycellulit i wyszczuplanie Body Diet24 - stosowałam głównie w cieplejsze dni, bo efekt chłodzenie kilka razy dał mi solidnie w kość. Co tu mówić, serum ma lekką konsystencję, dzięki której dobrze i szybko się wchłania. Na skórze się nie lepi, nie błyszczy. Pachnie przyjemnie, ma w sobie jakiś mentol czy coś, bo podczas używania konkretnie udrażniał drogi oddechowe. Mam jeszcze balsam z serii.
Teraz: balsam Body Diet24
15. The Body Shop, żel pod prysznic White Musk Libertine - mini wersja, idealna na weekendowy wypad. Sam żel wspaniały, nie wysusza skóry, cudownie pachnie. Chętnie wróciłabym do niego, nawet w wersji pełnowymiarowej.
Teraz: mini żel Sanex

16. Avon, woda perfumowana Incandessence Flame - wyjątkowo mnie wymęczyła, więc bardzo cieszę się, że to już koniec. Nie wrócę
Teraz: Attraction
17. Delia, tusz do rzęs Big&Black - to w zasadzie wyrzutek, bo tusz jakoś wysechł mi w opakowaniu. Wydaje mi się, że nie otwierałam go wcześniej, więc bardzo zdziwiłam się jak chciałam go użyć pierwszy raz. Sam efekt bardzo mi się podobał, nawet o wiele bardziej niż to, co uzyskuję dzięki Rimmelowi, ale aby go uzyskać, musiałam się nieźle namachać i trwało to zbyt długo jak na moje poranne możliwości. Nie wykluczam, że kiedyś jeszcze wrócę.
Teraz: tusz Rimmel

18. Carea, płatki kosmetyczne - jedne fioletowe to ta gorsza wersja, na którą nacięłam się w 3-paku. Używam głownie do zmywania paznokci i nie wiem jak ja je wykończę...
Teraz: to samo, ale w tym lepszym wydaniu
19. Linda, mydło w płynie Poziomka i winogrono - przyjemny zapach, ale wolę Drzewo sandałowe.
Teraz: mydła w kostce

Próbki
To również pamiątka po niezwykle udanym weekendowym wyjeździe na kajaki i paintball. Nie lubię brać pełnowymiarowych opakowań, bo tylko zajmują cenne miejsce, więc zwykle moja kosmetyczka to same próbki. Tu znani i lubiani przeze mnie.


No i już. A jak u Was ostatnio? Pod każdym względem - i denkowym i ogólnym :)

niedziela, 8 maja 2016

6 kitów czyli o tym, co ostatnio się u mnie nie sprawdziło

Wiadomo, że w tej masie kosmetyków, które mnie otaczają musi co jakiś czas trafić się jakiś bubel. U mnie to chyba nawet rzadziej niż u innych, bo w zakupach staram się kierować rozsądkiem, ale przy okazji boxa czy spotkania może trafić się jakaś wpadka. Może nie jestem bardzo surowa i zwykle jak coś się nie sprawdza to szukam innego rozwiązania czy zastosowania, czasem używam zagryzając zęby a czasem po prostu wyrzucam. Ale to dopiero grubo po terminie jak już opakowanie zdąży się solidnie zakurzyć... Dziś pokaże Wam właśnie taki misz-masz produktów, których nie polecam, ale też nie wszystkie wyrzucę z wyżej wymienionych powodów. Jeśli ciekawi Was co niebawem trafi do kosza a co, z trudnościami, ale zużyję, to zapraszam


Oto zbiorowa fotka moich bubli
*tusz do rzęs Deep Carbon Black, Long and Curl, Virtual;
* konturówka Storm, Avon;
* krem modelujący do włosów, Goldwell;
* cukrowy peeling do ciała, The Body Shop;
* woda perfumowana Incandessence Flame, Avon;
* bloker, Ziaja.


Zacznę po kolei i wyjaśnię Wam, co nie pasuje mi w tych produktach. 

Tusz do rzęs już po nazwie brzmi bardzo obiecująco. Opory miałam jedynie przed samą firmą, bo prawdę mówiąc nie trafiłam jeszcze na ich dobry kosmetyk. I tak było tym razem. Tusz faktycznie ładnie podkreśla rzęsy, jest mokry, nie osypuje ani nie rozmazuje się w ciągu dnia, szczoteczka wygodna w użyciu, więc brzmi jak ideał. Problem zaczyna się jednak z tym Deep Carbon Black... Faktycznie ta czerń jest bardzo głęboka, ale tak głęboka, że ciężko ją zmyć. Musiałam zużyć do tego kilku wacików a i tak potem przez parę godzin wyciągałam jeszcze czarne farfocle z kącików oczu. Grr!!! Dla mnie to gra nie warta świeczki, więc więcej nie nałożę go na moje rzęsy! 

O konturówce pisałam już tutaj. W katalogu opisana jest jako "kwadratowa", co oznacza, że można nią uzyskać grubą lub cienką kreskę, w zależności od stopnia nachylenia względem powieki (w praktyce wiadomo, że i tak wyjdzie jak wyjdzie). Problem leży w jej twardości. Otóż jest tak twarda, że 2 razy ją złamałam a za każdym razem podczas robienia kresek aż się boję, że poranię sobie powieki. Na dłoni sunie bardzo ładnie, ale na powiekach mam wrażenie jakbym próbowała narysować sobie kreskę niezastruganą kredką! Masakra! Bardzo podoba mi się jej kolor oraz to, że jest trwała i nie odbija mi się na powiece nawet bez użycia bazy pod cienie, dlatego zużyję ją (na szczęście już się zbliżam!), ale nie kupię więcej i zdecydowanie odradzam.

Krem modelujący trafił do mnie chyba w Shiny Boxie. Początkowo przeleżał na półce, ale mam problem z puszącymi się włosami, więc ciągle szukam czegoś do ich wygładzenia. Poza tym, fajnie je czasem ujarzmić, żeby nie wyłaziły z koczka i nie sterczały przez cały dzień jak aureola. Padło na ten krem i, o ile rzeczywiście wygładza i ujarzmia pojedyncze włosy czy całe pasma, to strasznie lepi się na dłoniach już podczas nakładania na włosy. Czuję jakbym nakładała na głowę jakiś klej, który w dodatku cały czas czuć na włosach (nawet po kilku godzinach!). Zauważyłam też, że ma tendencję do zbierania drobin kurzu z powietrza, więc po pracy wyglądam jakbym przed chwilą zeszła ze strychu... Na szczęście to tylko 20 ml, ale pełnowymiarowy produkt (75 ml) w cenie ok. 40 zł? No Way!

Peeling do ciała kupiłam w sh, za symboliczną kwotę i cieszę się, ze miałam okazję go poznać, bo dzięki temu wiem, że w balsamy tej firmy mogę inwestować, ale od peelingów lepiej trzymać się z daleka. Przeznaczony jest co prawda do bardzo suchej skóry i może dla takich osób będzie ok, ja mam normalną i jedyne czego nie toleruję w peelingach cukrowych czy solnych to zalepiania skóry paskudną mazią! W tym wypadku to shea, które ma odpowiadać za nawilżenie, ale dla mnie nie różni się niczym od tych tanich i kiepskich parafinowych zalepiaczy! Zużyję jakoś na nogi, ale zwykle takie paskudy zużywam do peelingowania dłoni zimą, dopóki się nie przeterminują (aktualnie mam 2 takie buble: cukrowy Ekoa i solny Mariza). Niniejszym dalej twierdzę, że najlepszym na świecie cukrowym peelingiem jest ten malinowy od Tso Moriri ♥ ♥ ♥

Woda to wariacja na temat klasycznej wersji Incandessence. W katalogu zapach bardzo mi się podobał, jednak na żywo jest o wiele gorzej. Inaczej wyobrażam sobie czerwone zapachy, ten jest duszący, męczący, totalnie inny od tego, co czułam na kartce. Zużywam z zamkniętym nosem i powoli kończę! :)

Bloker użyłam dwa razy. Za każdym razem towarzyszyło mi przeokropne swędzenie pach (czytałam, że tak może być), myślałam, że je sobie rozdrapie do krwi, bo niestety nie mogłam się powstrzymać. Aluminium na drugim miejscu w składzie, więc nie mam zamiaru tak cierpieć. Niebawem wyląduje w koszu.



A może u Was coś z wymienionych przeze mnie produktów spisało się lepiej i macie odmienne wrażenia? Jestem bardzo ciekawa :)

niedziela, 1 maja 2016

Denko - kwiecień

Kwietniowe denko wyszło mi dość skromne. Za sprawą jednego weekendowego wyjazdu nie udało mi się wykończyć dwóch kosmetyków, innych nie zdenkowałam z premedytacją. Nie będę jednak łączyć dwóch miesięcy w jeden wpis (bo zwykle sama nie czytam takich zbiorowych denek) i niniejszym zapraszam Was na mini recenzje kwietniowych zużyć.

1. BeBeauty, żel pod prysznic Bali - uwielbiam ten zapach ♥ Mimo, że na etykiecie widnieje napis Awokado a w środku znajdują się peelingujące nasiona moreli, ja czuję i widzę (bo jest soczyście żółty) gruszki! Cieszę się, że ta wersja wróciła do sprzedaży i chyba muszę zrobić zapas, w razie gdyby znowu postanowili ją wycofać. Wrócę!
Teraz: ziołowy peeling Avon

2. Boots Extracts, żel pod prysznic Juicy Mango - maleństwo z sh. Lubię zapach mango w kosmetykach, jednak tu był on bardzo słabo wyczuwalny - musiałam niemal przystawiać nos do ciała podczas mycia, aby cokolwiek poczuć. Opakowanie wystarczyło mi na jakieś 3-4 użycia, więc jest w sam raz na wyjazdy. Konsystencja gęsta, przyjemna, produkt nie wysusza skóry. Chętnie wrócę.
Teraz: kokosowy żel Original Source

3. Avon, żel pod prysznic Oriental Sanctuary - drugi z trzech nowości, na które skusiłam się jakiś czas temu. Ten nie był kremowy a zapach, choć orientalny (czego bardzo się bałam) był niezwykle przyjemny. Myślę, że wrócę (o ile będę miała jak, bo już pojawiły się nowe zapachy, które mam, ale jeszcze nie zdążyłam się z nimi zapoznać).
Teraz: ostatni z trójki, Indian Rituals

4. Avon, balsam do ciała Cherish - taki średni nawilżacz w sam raz na co dzień. Plus za bardzo przyjemny zapach i szybkie wchłanianie.
Teraz: jakiś pogromca cellulitu od Lirene

5. Tołpa, nawilżające mleczko-nektar Amarantus - mini wersja w sam raz na weekendowe wyjazdy. Bardzo fajny produkt o lekkiej konsystencji, ale porządnym działaniu i ciekawym zapachu. Może kupię pełnowymiarowy produkt.
Teraz: balsam Pat&Rub

6. Avon, krem do rąk z olejkiem arganowym Planet Spa - moje ostatnie odkrycie! Kupiłam ten produkt w zestawie nowości i okazał się świetnym rozwiązaniem zarówno do torebki jak i na porządnie przesuszone dłonie. Świetnie nawilża i bardzo ładnie pachnie, nie lepi się. Wrócę.
Teraz: krem AA Oil Essence (z Joyboxa)

7. Himalaya, pianka do mycia twarzy - kolejne opakowanie lubianego przeze mnie produktu, który jeszcze nie doczekał się recenzji. Mam nadzieję, że wkrótce to nadrobię a póki co polecam serdecznie.
Taraz: pianka Pharmaceris

8. Eveline, płyn dwufazowy do demakijażu oczu i ust - nie przepadam za płynami dwufazowymi. Ten od początku nie przypadł mi do gustu, bo po demakijażu miałam wrażenie zamglonego spojrzenia. Makijaż faktycznie był dobrze i bezboleśnie usunięty a powieki ukojone i nawilżone, ale odczucie zamglenia było denerwujące. Niemniej jednak, płyn pomógł mi zadbać o powieki, kiedy je sobie spaliłam płynem Tołpa, więc odpuszczam mu. I być może będę go zawsze trzymać gdzieś na czarną godzinę.
Teraz: specjalistyczny płyn Bielenda

9. Skin79, krem do twarzy Golden Snail - niby małe opakowanie a wystarczyło mi na ponad miesiąc. Dostałam go w ChillBoxie w zestawie z tonikiem i emulsją, ale krem poszedł na pierwszy ogień (choć planowałam ich używać razem). Jestem bardzo zadowolona, zauważyłam pozytywne zmiany na twarzy po jego stosowaniu razem z kremami BB (napiszę o tym niedługo) i chętnie poużywałabym dłużej, tylko ta cena...
Teraz: krem Clarina Himalaya

10. Floslek, żel pod oczy ze świetlikiem i rumiankiem - lubię ten żel i wróciłam do niego ponownie. Początkowo leżał w kosmetyczce, jednak po akcji z płynem Tołpa zaczęłam go używać regularnie i wróciłam do tego rytuału, co okazało się być dobrym postanowieniem.
Teraz: krem Oeparol (z Joyboxa)

11. Mark Inbane, próbka czarnego peelingu do twarzy - WOW! Jestem bardzo zaskoczona i zadowolona! Peeling po wyciśnięciu wydaje się być ciemnozielony, jednak w mazi widać czarne, duże drobiny, które w kontakcie z wodą i skórą rozpadają się i barwią wszystko na czarno. Peeling polecany jest do każdego typu skóry, jednak ja odczułam dość silne rozgrzewanie i podczas masowania twarzy i (zwłaszcza!) podczas zmywania, więc nie wiem. Skóra skrzypi to widocznie faktycznie skutecznie oczyszcza a dodatkowo buźka jest gładziutka. Cena niestety raczej mnie nie przekona...

12. Avon, mgiełka do ciała Tomorrow - bardzo ładny zapach w nieco lżejszym wydaniu. Trwałość nie jest oczywiście taka jak w przypadku wody perfumowanej, ale też zapach nie jest tak duszący, więc wolę mgiełkę. Myślę, że wrócę.
Teraz: czerwona woda Incandessence Avon

13. Adidas, antyperspirant Climacool - pisałam o nim tutaj. Zapach fajny, ale działanie słabe, więc nie wrócę.
Teraz: kulka Avon

14. Pantene, szampon i odżywka - zabieram sobie taki duecik na weekend, żeby nie dźwigać. Nie mam zastrzeżeń, ale mimo to raczej nie skuszę się na pełnowymiarowe wersje.

15. Tso Moriri, mydło organiczne - zapach taki zwykły, mydlany. Następnym razem wybiorę raczej coś innego.
Teraz: mydło Dove

16. Mariza, gąbka do mycia twarzy - kiedyś używałam regularnie, teraz wykończyłam ją do zmywania czekoladowej maseczki (stad ma taki dziwny kolor). Mam jeszcze jedną, ale póki co nie używam żadnych wspomagaczy przy oczyszczaniu twarzy.



Ooo, przynajmniej uwinęłam się szybciej niż zwykle ;).
Znacie coś? Podzielacie moją opinię?

czwartek, 7 kwietnia 2016

Denko - marzec

Kwiecień-plecień pięknie na przeplata od paru dni! Oby zatrzymał się już na tym lecie, bo do dobrego łatwo się przyzwyczaić a wiadomo, że ciepło i słońce dobrze wpływają na samopoczucie i ogólną motywację. Czuję się pozytywnie natchniona, więc mam zamiar rozliczyć się z denka. Zapraszam


1. i 2.  Bania Agafii, szampon i balsam Aktywator wzrostu - stosowałam je razem po tym jak wykończyłam duet Sylveco. Lubię oba, pewnie jeszcze wrócę.
3. Sylveco, szampon odbudowujący - nie spodziewałam się, że będę z niego tak zadowolona! Początkowo ciężko było mi się przyzwyczaić do zapachu, ale z czasem go polubiłam. Szampon bardzo dobrze wpływał na moje włosy, był delikatny a jednocześnie skuteczny i do tego bardzo wydajny. Chętnie skuszę się jeszcze na tkolejną butelkę.
Teraz: szampon Alterra
4. Sylveco, odżywka wygładzająca - generalnie niemal wszystkie obietnice zostały spełnione, ale bardziej przekonał mnie szampon. Swojego czasu włosy mi wypadały i rosły, więc mam masę krótszych i dłuższych baby hair, nad którymi bardzo ciężko zapanować. Do wymarzonego wygładzenia trochę brakowało, ale w sumie nie było tak źle.
Teraz: mleczny Kallos

5. Mariza, żel pod prysznic Melon - niezwykle orzeźwiający i przyjemny zapach, odpowiednia gęstość, więc z chęcią wrócę.
Teraz: biedronkowy żel peelingujący
6. Avon, żel pod prysznic Andalusian bliss - kremowy, różowy, gęsty, ładnie pachnący. Mam jeszcze 2 inne z egzotycznej serii, ale nie wiem czy jeszcze je kupię, bo wchodzą inne ciekawe  zapachy.
Teraz: żel Oriental sanctuary
7. Linda, mydło w płynie Drzewo sandałowe - mydło jak mydło, ale zakochałam się w tym zapachu ♥. Jak tylko pojawi się jeszcze w sklepie to z pewnością zrobię zapas.
Teraz: kończę mydło poziomkowo-winogronowe (albo odwrotnie)
8. Balea, sól do kąpieli - ot, taki zwyklaczek. Zabarwił lekko wodę, trochę pachniało, ale dla skóry był raczej obojętny - nie wysuszył, ale też nie odżywił. Nie widziałam jej nigdzie w sprzedaży, więc raczej nie wrócę.

9. Sylveco, lipowy płyn micelarny - druga butelka a do recenzji się jeszcze nie zabrałam... Bardzo lubię ten płyn, bo świetnie sobie radzi ze zmywaniem makijażu a do tego pielęgnuje skórę. Ostatnio używałam jedynie do przecierania twarzy po demakijażu, bo do zmywania oczu wolałam tańszy Garnier. Z pewnością wrócę.
Teraz: płyn Biolaven
10. Muse, tusz do rzęs Erato - dostałam w sierpniu na spotkaniu blogerek, przeleżał w szafie tyle czasu a jak postanowiłam go w końcu wypróbować to okazało się, że w środku nic nie ma... Szczoteczka była kompletnie sucha, przeczesała mi rzęsy, ale nic na nich nie zostało. Podobno wszystkie takie wtedy dostałyśmy, więc nie wiem czemu miał służyć ten prezent... Zraziłam się.
Teraz: tusz Rimmel
11. Mariza, puder mineralny Naturalny - kolejne opakowanie. Polubiłam się z tym podkładem i mam jeszcze jeden w zapasie, ale aktualnie rozkochuję się w BB Skin79 ♥.
Teraz: złoty BB Skin79
12. Sylveco, pomadka ochronna z peelingiem - mój ulubieniec Sylveco ♥, recenzja tutaj. Zachęcam, polecam, bo sam używam już kolejnej.
Teraz: to samo

13. Syis, serum do paznokci - pierwszy raz spotkałam się z tego typu produktem jak i formą aplikacji i byłam pozytywnie zaskoczona. Już po nałożeniu było czuć lekkie chłodzenie na płytce i piękny zapach. Ciężko zmierzyć czy faktycznie przyspieszało wzrost płytki, ale z pewnością dobrze o nią dbało.
Teraz: odżywka Eveline (choć ma inne zadanie)
14. BeBeauty, zmywacz do paznokci - cieszę się, że w końcu zużyłam! Forma jest fajna, ale miałam wrażenie, że zmywacz bardzo wysusza mi płytkę, szarpie ją a do tego bardzo i długo śmierdzi (co przeszkadzało głównie wrażliwym współmieszkańcom ;)). Muszę zapamiętać, żeby już się nie skusić jak będzie w promocji.
Teraz: zmywacz Isana zamiennie z Biedronkowym w płatkach
15. Cztery Pory Roku, serum do rąk i paznokci - rewolucji nie było, ale całkiem dobrze odżywiał dłonie, wchłaniał się szybko i przyjemnie pachniał. Więcej mi w zasadzie nie trzeba. Jedynie ciekawe opakowanie szybko stało się uciążliwe, bo już gdzieś w połowie pompka przestała działać i musiałam odkręcać i wyciskać. Nie wiem czy wrócę.
Teraz: krem YR
16. Eveline, arganowe serum do rąk i paznokci - opakowanie idelane do torebki. Zapach bardzo waniliowy (tak jak masło) i w zasadzie mogę powtórzyć to co pisałam wyżej: w porządku, ale bez szału i wątpię, żebym wróciła.
Teraz: krem Planet Spa

17. Eveline, balsam po depilacji - zużyłam do codziennej pielęgnacji, nie tylko po depilacji. Zwyklaczek, w sam raz na co dzień, nie zauważyłam spowolnienia odrastania. Jeśli już miałabym wybrać tego typu produkt to chciałabym ten firmy Venus. Do tego nie wrócę.
Teraz: olejek Eveline
18. Vintage Body Oil, peeling do ciała - najgorszy peeling cukrowy z testowanych do tej pory przeze mnie. Zalepiał skórę tłustą warstwą, która była okropna. Jedynie zapach na plus, ale to i tak mało. Zużyłam do mycia rąk a i tak trwało to bardzo długo (w sensie zużywanie). Nigdy więcej.
Teraz: peeling ziołowy Avon
19. Kneipp, olejek do kąpieli - przyjemnie pachniał, fajnie natłuścił skórę. Mam jeszcze jeden i moze porozglądam się za innymi.
Teraz: olejki Avon
20. Avon, peeling do stóp - nie wierzę w działanie peelingów do stóp, ale czasem używam, dla spokojnego sumienia. Ten był dość dobry jak na inne peelingi z tej serii a do tego przyjemnie pachniał. Może wrócę.
Teraz: raczej pumeks i tarka
21. Ziaja, płyn do płukania jamy ustnej - nie wyrobiłam sobie nawyku używania płynu do płukania ust, bardzo często o tym zapominam. Na ten skusiłam się, bo był w dobrej cenie a akurat miałam problem z nadwrażliwością po stosowaniu pasty Signal White Now. Pastę odstawiłam, o nim dalej zapominałam, ale jakoś się skończył. Może wrócę.
Teraz: nic

22. Carea, płatki kosmetyczne - ulubione.
Teraz: to samo
23. Eveline, maska nawilżająca - ratowałam się nią po przesuszeniu twarzy żelem Sylveco i tak doraźnie nawilżała, ale bez szału. Lepiej spisywała się czekoladowa z Avonu. 
Teraz: różności z zapasów
24. Tso Moriri, kula do kąpieli - wielka kula, która przyjemnie się rozpuszcza, ładnie pachnie a do tego pielęgnuje ciało, choć barwi wodę. Od razu po otwarciu rozpadła mi się na dwie części, wiec mogła posłużyć na dwie kąpiele, ale zużyłam na raz. 
Teraz: kule o innym zapachu
25. Tso Moriri, mydło z lufą - lubię te mydła i mam jeszcze jedno. Muszę w końcu zastosować do mycia ciała, bo do tej pory używałam tylko do dłoni.
Teraz: zwykłe mydło glicerynowe z jakiejś limitowanej kolekcji
26. The Secret Soap Store, peelingujące mydło malinowe (nie ma na zdjęciu) - pochodzi z Joyboxa, zużyłam już 2, ale oba otrzymałam gołe, bez żadnej folii, więc zapominałam o tym przy okazji denka. Mydło ładnie pachnie, ma dość ostre drobiny peelingujące (pestki malin), więc czasem drapało
27. Beauty Formulas, plasterki na krosty - najlepiej sprawdzają się na takich zmianach już dobrze wyciśniętych, wtedy bardzo szybko je podsuszają i dzięki temu szybciej można się pozbyć resztek. Szkoda tylko, że nie wyciągają szybciej tych gul na wierzch i trzeba z nimi trochę pochodzić zanim nadadzą się do wyciśnięcia. Mam następne opakowanie.

Próbki. Zdaje mi się, że będę musiała napisać coś więcej o produktach Skin79, bo jestem z nich bardzo zadowolona: pianka jest rewelacyjna - cudownie pachnie, świetnie oczyszcza, no i co za dziwna formuła, niby żelowa a zamienia się w piankę! Z BB kremów najbardziej podpasował mi pomarańczowy, fioletowy był za ciemny a zielony za jasny. Krem Biolaven ok, ale raczej mnie nie przekonał do zakupu. 


Uff! Lubię te posty z mini recenzjami, ale pisanie ich to istna męczarnia ;) 
Jak tam Wasze denka?

niedziela, 6 marca 2016

Denko - luty

Bez zbędnych tłumaczeń przechodzę do lutowego denka. Wyniki rozdania pojawią się lada moment, jak tylko wszystko podliczę.


1. Garnier, płyn micelarny 3 w 1 - kolejna butelka. Bardzo lubię ten płyn i często go kupuję jak tylko jest w dobrej promocji. Doskonale rodzi sobie z demakijażem i jest bardzo wydajny.
Teraz: płyn Physio, Tołpa
2. Pharmaceris, pianka głęboko oczyszczająca - długo była na mojej liście i w końcu ją kupiłam. Byłam z niej bardzo zadowolona i z pewnością jeszcze nie raz pojawi się w mojej łazience. Polecam.
Teraz: pianka Himalaya
3. Biolaven, żel myjący do twarzy - recenzja tutaj. Bardzo przyjemny żel oczyszczający, pewnie jeszcze wrócę.
Teraz: żel rumiankowy Sylveco

4. Dove, żel pod prysznic - mój pierwszy żel Dove, chyba z Shinyboxa, i raczej ostatni. Nie polubiłam tej bardzo gęstej, kremowej konsystencji, bo przeważnie biorę szybki prysznic a zmywanie tego żelu trwało bardzo długo, właśnie przez jego gęstość. Skóra była faktycznie odżywiona i jakby nawilżona.
Teraz: kremowy żel Avon
5. Yves Rocher, żel pod prysznic Karambola - takie żele lubię! Przyjemnie pachnący i gęsty, ale nie za bardzo. Dobrze się pienił, łatwo i szybko zmywał z ciała - całkowite przeciwieństwo żelu Dove. Z chęcią wrócę do niego lub poznam inne wersje zapachowe.
Teraz: żel melonowy Mariza

Bingo Spa:
6. mleczna kąpieli - sypki proszek, który sprawiał, że woda zyskiwała mleczną barwę, więc można było się poczuć jak Kleopatra ;). Zapach był delikatny, skóra po kąpieli miękka i nawilżona.
7. sól do kąpieli - ładnie pachniała, barwiła wodę na pomarańczowo. Przyjemna sól.
8. kawior do kąpieli - najsłabszy produkt z tych trzech. Te drobne kulki jedynie barwiły wodę (i wannę!), zapach był ledwo wyczuwalny a właściwości pielęgnacyjnych nie zauważyłam.
Teraz: różne sole Bingo Spa

9. Avon, płyn do higieny intymnej Active - drugie opakowanie, więc jak widać polubiłam ten żel. Wrócę, ale teraz robię sobie przerwę.
Teraz: żel Soraya
10. Bania Agafii, biała glinka myjąca do kąpieli - recenzja tutaj. Mam kolejne opakowanie i raczej nie ostatnie, bo spodobała mi się taka forma produktu oczyszczającego.
Teraz: to samo
11. Avon, dwufazowy balsam do ciała Owoce leśne i masło shea - zapach przecudowny, pięknie widać te dwie kolorowe fazy, łatwo się wchłania i dostatecznie nawilża, tak w sam raz na co dzień, ale ma jedną poważną wadę: zawiera w sobie błyszczące drobinki... Zapach jest bardzo zimowy jak dla mnie, więc nie umiałam się przekonać do używania tego balsamu latem a zimą niestety nie nadawał się pod ubranie, bo zwyczajnie je brudzi. Wielka szkoda, bo jestem zauroczona zapachem.
Teraz: drugi balsam z tej serii, Rozgrzewające przyprawy i wanilia

12. Manhattan, puder - dobry puder, który kontrolował makijaż a przy tym nie zapychał. Do tego był dość tani, więc może wrócę kiedyś.
Teraz: puder średniokryjący e-naturalne
13. Eveline, tusz do rzęs Wonder Show Volume - generalnie nie trzeba mi dużo od tuszu, abym była zadowolona, ale ten spisywał się nad wyraz dobrze! Bardzo wygodna szczoteczka, tusz nie był zbyt mokry, więc łatwo malowało nim się nawet w pośpiechu. Nie osypywał się, bardzo ładnie podkreślał rzęsy i łatwo zmywał. Chętnie wrócę.
Teraz: mini tusz Isadora
14. Isadora, tusz do rzęs - taki mini tusz, w sam raz do noszenia w torebce w razie W. Mało go używałam, bo Eveline wygrywał a ten po czasie zrobił się gęsty i mało przyjemny w użytkowaniu.
Teraz: jw
15. Avon, baza pod makijaż - recenzja tutaj. Świetny produkt i używam już kolejnego opakowania.
Teraz: to samo


16. Vichy, krem do twarzy Idealia - postanowiłam pozbywać się próbek i innych drobiazgów w kosmetyczce, bo robią mi bałagan na półce. Krem nie był zły, ładnie nawilżał, dobrze sprawował się jako baza pod makijaż, nie zapchał. Nie zachwycił mnie jednak na tyle, abym miała się skusić na pełnowymiarowe opakowanie.
Teraz: krem matujący Soraya
17. Avon, woda perfumowana Ultra Sexy - od jakiegoś czasu to mój ulubiony zapach z Avonu ♥ Zmysłowy, słodki, elegancki! Wrócę, jak tylko opróżnię kilka innych flaszeczek.
Teraz: woda Si i inne (w zależności od nastroju)
18. She Foot, serum ultra nawilżające - dla mnie to był normalny krem nawilżający. Bardzo dobry swoją drogą, ale denerwował mnie ten aplikator, który niby miał ułatwiać używanie. Ja krem i tak wcieram dłonią, więc takie opakowanie było dla mnie wyjątkowo zbędnym udziwnieniem.
Teraz: krem nawilżający z komórkami macierzystymi She Foot


Próbki
Tso Moriri - peelingi Kwiat wiśni i Kawior i granat pogłębiły tylko moją miłość do peelingów tej firmy. Ubóstwiam je i uważam, że są idealne i takie, jakie powinny być tego typu produkty. W tych dwóch nie było drobinek owoców a zapachy jak zwykle bardzo przyjemne. Z kolei masło Bambus i pomelo i mus Kwiat wiśni to nie do końca moja bajka. Nie lubię tej tłustości oraz tego, że trzeba bardzo uważać, aby nie przesadzić, ale skuteczności w długotrwałym nawilżaniu nie można im odmówić. Gdybym miała wybrać to skusiłabym się ponownie na mus.

Tu zapodziała się pełnowymiarowa oczyszczająca maska-scrub do twarzy Fitocosmetic. Rozprowadzałam ją z wodą różaną i bardzo ładnie oczyszczała twarz, nie potęgując podrażnień, mimo, że podczas zmywania dość mocno czuć było łupinki orzeszków cedrowych (wiem, że to one z etykiety ;)). Mam jeszcze sporo glinek w zapasach, ale nie wykluczam, że jeszcze do niej wrócę.

Bardzo pozytywne wrażenie zrobiły na mnie próbki kremów do rąk SPN Nails (nieziemskie zapachy i bardzo dobre działanie) i kremu na noc Anew Reversalist (konsystencja i efekt na twarzy bardzo podobny do lubianego przeze mnie serum z tej linii). Odżywczy krem do stóp She Foot był ok, podobnie jak matujący krem Tołpa, a nagietkowy krem Sylveco znów mnie zaskoczył, tym razem konsystencją serwatki... Termin ok, więc nie wiem co się zadziało. Kremy Ava Laboratorium i ten beżowy Anew przeszły bez echa.

Przeterminowane



UFF! Jak zwykle trwało to dłużej niż myślałam...
Jak u Was z denkiem w ubiegłym miesiącu?

niedziela, 7 lutego 2016

Denko - styczeń

Blogowy czas odliczam od jakiegoś czasu pojawiającymi się denkami i tak oto przeminął pierwszy miesiąc 2016 roku. Puste opakowania jak zwykle nie mieściły mi się w koszyczku, dużo tam plastiku, ale też sporo tzw. drobnicy. Koszyk musiałam już opróżnić, bo pierwsze wykończenia lutego za mną, więc przełożyłam wszystko do siatki, która teraz wala się po domu, więc nie ma co dłużej zwlekać.

1. Oriflame, żel Discover Mexico - długo czekał na swoją kolej. Całkiem w porządku, ładnie pachniał i dobrze spełniał swoją rolę.
Teraz: żel Dove i Yves Rocher
2. Avon, żel Naturals Figa - to mój przedostatni żel Naturals z zapasów, uff! Zapach miał podobne nuty do wody Ultra Sexy, więc używałam go z wielką przyjemnością i chętnie powrócę.
Teraz: patrz wyżej
3. BeBeaty, żel Ciasteczkowy - przepiękny zapach! Z płynem do kąpieli to była jakaś wpadka, bo żel pachniał normalnie, tak jak mydło. Szkoda, że to limitowana edycja, bo z chęcią bym wróciła.
Teraz: patrz pkt. 1

4. Avon, peeling do ciała Dazzling Moments - może nie należał do najlepszych zdzieraków, które miałam, ale zapach był obłędny! Dość ciężko wyciskał się z opakowania, ale poza tym było ok.
Teraz: peeling ziołowy Planet Spa
5. Perfecta, peeling do ciała Lady Berry - gratis z gazety. Wybrałam owoce leśne, bo spodziewałam się przyjemnego zapachu, ale okazało się inaczej - widocznie jagody i tego typu owoce nie nadają się do celów kosmetycznych (jagodowy scrub Banii Agafii również pachniał ohydnie). Poza zapachem było ok, choć to zdzierak raczej niskich, bardzo niskich lotów.
Teraz: patrz wyżej
6. Tso Moriri, peeling cukrowy Wiśnie w czekoladzie - peeling cukrowy tak, ale nie o takim zapachu. Nie jestem fanką takiego smaku, więc i zapach mnie męczył. Duże kawałki wiśni zanurzone w cukrowej masie były jedynie ozdobą a nie jak w przypadku malin - dodatkowym zdzierakiem. Nie wrócę, choć skóra po zmyciu była niezwykle gładka i nawilżona. To jedynie kwestia zapachu, bo produkt sam w sobie bez zastrzeżeń.
Teraz: minipeelingi TM i peeling malinowy Amore ♥
7. Bingo Spa, solanka z minerałami z Morza Martwego - moja ulubiona sól do kąpieli (w sensie, że solanka, bo te pachną bardzo ładnie). Raz na jakiś czas urozmaicam sobie w ten sposób pielęgnację, ale nie liczę na ujędrnianie czy inne tego typu obietnice.
Teraz: próbuję wykończyć dziwolągi Bingo Spa - kawior do kąpieli, mleczną kąpiel i peeling solny

8. Avon, żel do mycia twarzy Anew - pisałam o nim tutaj. Nie wiem czy wrócę, bo jest jeszcze mnóstwo produktów w tej kategorii, które chciałabym poznać.
Teraz: żel do mycia twarzy Biolaven
9. Avon, peeling enzymatyczny z chińskim żeń-szeniem - skusiłam się na obie wersje, ale bardzo ciężko idzie mi ich używanie a to przecież dość małe opakowania. Wolę tradycyjne zdzieraki. Podczas używania czasami czułam lekkie rozgrzanie, pieczenie, ale nie podrażniał.
Teraz: drugi peeling gommage z oferty Avon

10. i 11. Tołpa, regenerujący krem korygujący Na dzień i Na noc - pod koniec 2014 roku zrobiłam sobie taki zapas kremów Tołpa, że jeszcze został mi jeden do wykończenia! Tym razem równocześnie używałam kremu na dzień i na noc z tej samej linii. Bardzo lubię ich ziołowy zapach oraz to jak szybko się wchłaniają, nie błyszczą na twarzy. Krem na dzień znam już bardzo dobrze, bo zużyłam parę opakowań i zawsze byłam zadowolona z efektu, jaki uzyskiwałam na twarzy po jego regularnym stosowaniu. Tym razem byłam trochę uprzedzona do kremu na noc, bo czytałam niepochlebne opinie o nim i okazało się, że faktycznie twarz nie oczyściła się tak jakbym tego sobie życzyła. Sam krem na dzień również nie wyprowadzał jej wcześniej całkowicie na prostą, ale zmiany były ograniczone, skóra uspokojona. Póki co, chcę zrobić sobie przerwę od kremów Tołpa, bo dopiero teraz zauważyłam, że krem matujący (ten ostatni, który mi został z zapasów) na drugim miejscu w składzie ma glicerynę a postanowiłam jej unikać. Nie pamiętam składu tych kremów a kartoniki już dawno wyrzuciłam.
Teraz: krem matujący Soraya

12. Catrice, kamuflaż w kremie Ivory - moje odkrycie 2015 roku ♥ Fantastyczny produkt, który bardzo dobrze kryje a do tego nie zapycha. Nanosiłam go palcami i nie rolował się, odcień również był dla mnie idealny. Ostatnio poluję na kamuflaż w płynie, ale nigdzie go nie widać.
Teraz: kamuflaż Avon
13. Mariza, mineralny podkład pudrowy Naturalny - odcień okazał się być ok na tę porę roku i spodobał mi się na tyle, że otworzyłam kolejne opakowanie. Dozuję odpowiednią ilość i cera ma delikatny kolor, jest zmatowiona. Pod wieczór widać, że się ściera z twarzy w ciągu dnia, ale w dość dobrym stanie wytrzymuje tyle, ile mi trzeba. Nie mam pomysłu co zrobić z odcieniem Jasny beż, bo co dam mu szansę to psioczę na siebie potem, że przecież jest za jasny! Chyba rozmieszam go jakoś z Ciemnym beżem.
Teraz: to samo a czasami też podkład Rhea
14. Avon, korektor Luxe - udany korektor, choć wielkiego porównania nie mam, bo to chyba dopiero mój drugi korektor pod oczy. Bardzo ładnie rozjaśniał cienie pod oczami, rozświetlał delikatnie, nie zbierał się w zmarszczkach i nie rolował. Z chęcią kiedyś do niego wrócę.
Taraz: korektor rozświetlający Magix
15. Maybelline, pudrowy podkład mineralny Ivory - tester, ale zauroczył mnie efekt na twarzy. Czytałam, że przy dłuższym stosowaniu może zapychać, więc chyba się nie zdecyduję na zakup, ale przez te kilka dni bardzo ładnie maskował wszelkie niedoskonałości na mojej twarzy.
Teraz: patrz pkt. 13

16. CD, dezodorant w kulce Owoc granatu - pisałam o nim tutaj. Zdecydowanie jeden z najsłabszych antyperspirantów jakie znam. Ładny zapach go nie ratuje, nie polecam.
17. Oriflame, krem do rak Silk Beauty - w sam raz na co dzień. Lubię zapach tej linii i chętnie powrócę o ile pojawia się jeszcze w ofercie.
18. The Body Shop, masło do ciała - mini wersja w sam raz na wyjazdy, ale teraz mało wyjeżdżam a zaczęła mnie już męczyć ta wszędzie walająca się drobnica. Bardzo dobry produkt, idealnie nawilżał, przyjemnie pachniał. Mam jeszcze peeling z tej linii zapachowej, ale już widzę, że się nie polubimy. Oba produkty zakupiłam w SH.
Teraz: próbki Tso Moriri
19. Soap&Glory, peeling do ciała Sugar Crush - jako zdzierak taki se... Drobinki rozpuszczały się w kontakcie z wodą, ale efekt nie był zadowalający. Plus za przyjemny zapach.
Teraz: próbki TM

20. Skarpetki złuszczające do stóp - niebawem pojawi się recenzja.

21. Cleanic, zmywacz do paznokci w chusteczce - to mój pierwszy zmywacz w tej formie. Dobrze poradził sobie z jasnym lakierem, więc spełnił swoje zadanie, ale na co dzień wolałabym jednak zmywacz w płatkach (jeżeli już nie może to być tradycyjny zmywacz w płynie i wacik). Niemniej jednak, uważam, że zawsze warto mieć w torebce czy portfelu taką jedną saszetkę na wypadek sytuacji awaryjnej.
22. Carea, płatki kosmetyczne - zawsze kupuję je w trójpaku i są ok, ale ostatnio nacięłam się na gorszą ich wersję i od teraz sprawdzam nawet skład płatków kosmetycznych. Jakby co to pamiętajcie, że dobre są te, które na pojedynczym opakowaniu mają skład: 70% bawełna, 30% kompozycja włókien poliestrowych.
Teraz: to samo
23. Manhattan, odżywka wybielająca - lubię odżywki, które zostawiają po sobie mleczne paznokcie. Stosowałam ją samodzielnie i pod kolorowe lakiery i dopiero ostatnio zauważyłam, że mam problem z brzydkim kolorem płytki. Jestem w trakcie sprawdzania, co jest tego przyczyną.
Teraz: odżywka Eveline (jeden z podejrzanych)
24. Pastylka musująca do kąpieli - musuje w wodzie, ale większych przyjemności nie zauważyłam. Ani zapachu, ani nawilżenia, tylko delikatny kolor w wodzie. Biorąc pod uwagę, że zapłaciłam za nie grosze to nie żałuję, bo jakby nie było to dodatkowy umilacz w kąpieli.
Teraz: mam jeszcze jedną pastylkę
25. Tso Moriri, mydło walentynkowe - bardzo słaby zapach jak na edycję walentynkową. Z wyglądu urocze, z zapachu najzwyklejsze mydło.
Teraz: mydło malinowe TSSS



Próbki
Tylko jedno masło to nie produkt Tso Moriri, nierafinowane masło shea (dostałam je kiedyś gratis) - dość tępe w użyciu, prędzej spadło mi z ciała niż dało się rozsmarować, do tego zapach starej popielniczki czy jakichś skórzanych starych spodni nie zachęcał do używania, ale efekt na skórze warty poświęceń! Bardzo dobrze i długotrwale nawilżało i pielęgnowało ciało.
Z produktów Tso Moriri najbardziej spodobało mi się masło imbir i czerwona herbata oraz kawior i granat. Złoty olej do ciała również był ok, ale starałam się go tak wylewać, aby wszystkie złote drobinki zostały w środku. Mus do ciała Wiśnie w  czekoladzie nie przypadł mi do gustu przez zapach, bo działanie było ok. Z kolei mus marchewkowy miał cudowny zapach, ale nogi były zbyt mokre/tłuste po nim a to mnie irytowało.
Z próbek do twarzy spodobał mi się krem India i Vichy Liftactiv - bardzo ładnie zachowywały się na twarzy a Vichy to zauroczył mnie także zapachem, chyba się nad nim zastanowię. Krem pod oczy i lekki krem rokitnikowy Sylveco wymęczyły mnie zapachem, maska z witaminą C Tso Moriri okazała się być naprawdę dobrym produktem i to na tyle, że mm ochotę na więcej. Maska błotna Planet Spa to mój ulubieniec od dawna.
Perełki do kąpieli no name tylko zabarwiły wodę na różowo, ale peeling do stóp Tso Moriri zaskoczył mnie zapachem.


A jak u Was? Znacie coś z mojego denka?

niedziela, 31 stycznia 2016

Kolorowe kreski - konturówka Avon i kredka Eveline

Nie używam cieni do powiek. Nie nauczyłam się nimi posługiwać, choć podoba mi się ładnie pomalowane oko i nie wykluczam, że kiedyś wezmę się za siebie i postaram się to nadrobić. Gołe powieki też mi do końca nie odpowiadają, więc makijaż ograniczam do kreski i tuszu. Od kiedy pamiętam była to czarna kreska, początkowo niestety także na linii wodnej... Pierwszym skokiem w bok była żelowa fioletowa kredka Super Shock (z Avonu) i praktycznie od tamtej chwili czarne kredki poszły w odstawkę. Teraz kreski mam fioletowe, turkusowe, szare lub granatowe a nawet zielone - wszystko tylko nie czerń! Jeśli chcecie zobaczyć jak to wygląda to zapraszam


Kredkę Eveline otrzymałam podczas sierpniowego spotkania blogerek, avonową zakupiłam sobie sama, po tym jak spodobała mi się szarość Etre Belle z Shinyboxa. Nie wiem czemu ta od Eveline jest nazwana kredką - kredka kojarzy mi się ze struganiem i wszystkie kredki, które miałam były drewniane lub drewnopodobne. Według mnie to konturówka, tak jak ta z Avonu, stąd postanowiłam napisać o nich w jednym poście.

Moim absolutnym hitem są avonowe kredki żelowe! (tak bardzo je lubię a jeszcze nie udało mi się o nich napisać :/) Są idealnie miękkie, gładko suną po powiekach, więc rysowanie kresek jest niezwykle łatwe. Niestety, ale opisywane dziś przeze mnie konturówki do miękkich nie należą. Avonowa jest nawet topornie twarda i narysowanie nią kreski bez bólu jest niemal niemożliwe - nie dość, że muszę mazać i mazać, żeby cokolwiek było widać to jeszcze dociskać a nie jest to przyjemne na tak delikatnej skórze powiek. Męczę się z nią jedynie dlatego, bo bardzo podoba mi się odcień i to jak cała twarz prezentuje się z taką kreską. Zresztą, same zobaczcie

Eveline - Dark Blue 
 


Avon - Storm
 


Jak widzicie, sama kreska nie jest idealna. Im bardziej chcę, żeby była cienka, tym wychodzi mi grubsza (pewnie to znacie), ale w przypadku takich kolorów nie jest to problemem wg mnie i jest jak wyjdzie. Nie zmywam i nie poprawiam, bo przeważnie nie mam nawet na to czasu (ostatnio tak się spieszyłam, że zapomniałam o tuszu do rzęs...)

Plusem avonowej jest to, że nawet bez bazy pod cienie (pisałam już kiedyś o niej tutaj) kreska nie odbija się na powiece, z Eveline zdarzyło mi się to kilka razy. Ma też nieco inny kształt i dzięki temu, można sobie dozować grubość kreski. Niestety, ale przez to, że jest tak twarda, złamałam ja już dwa razy. Z Eveline nie mam tego problemu.


Na zdjęciu nie udało mi się tego uchwycić, ale szara kredka ma w sobie maleńkie, iskrzące drobinki, których na powiece nie widać. A szkoda :/

Nie są to mocno napigmentowane kredki, więc nie ma problemu ze zmyciem ich z powiek - wystarczy przyłożyć wacik, delikatnie przetrzeć i po sprawie.

Cena:
obie kosztują ok. 10 zł (Avonowa tyle w dobrej promocji, ja ją kupiłam chyba za 12 zł)


Gdybym miała wybrać efekt to starcie wygrałaby kredka z Avonu, jednak kolor Eveline również mi się podoba a dodatkowo jest łatwiejsza/delikatniejsza w obsłudze.

A Wam który kolor bardziej się podoba?

niedziela, 10 stycznia 2016

Dwa nowe żele oczyszczające do mycia twarzy Avon: Anew i Clearskin

Przy wieczornym oczyszczaniu twarzy jestem wierna piankom, ale do porannej toalety zwykle wybieram żele. Lubię testować nowości, stąd nie zastanawiałam się długo kiedy w katalogach Avon pojawiły się nowe produkty z serii Anew i Clearskin. Zdążyłam już sobie wyrobić o nich opinię, więc jeśli jesteście ciekawe jak się u mnie spisały to zapraszam.

Anew, oczyszczający żel do mycia twarzy. Cera tłusta/mieszana
Clearskin, głęboko oczyszczający żel


Zacznę od produktu Anew. Używałam już kilku żeli z tej serii (Vitale, Aqua Youth, Rejuvenate), jedne wypadały lepiej, inne gorzej, ale nie zraziły mnie do siebie na tyle, żeby nie chcieć poznawać kolejnych. W tym przypadku zachęciło mnie przeznaczenie do cery tłustej i mieszanej (w ofercie pojawiła się również kremowa emulsja-maseczka dla skóry normalnej i suchej). 
Szata graficzna nie przesadzona, jak to Anew. W tubce znajduje się 150 ml gęstego żelu. Dopóki nie połamałam zamykania, bardzo ciężko było mi otworzyć/zamknąć produkt - w obawie przed połamaniem paznokci otwierałam go przez ręcznik a zamykałam uderzając w wannę. W końcu zatyczka się połamała i teraz nie mam z tym problemów. Zapach tego żelu jest bardzo intensywny, taki apteczno-chemiczny i podczas mycia twarzy mam wrażenie, że wędruje po niej i dostaje się do ust, bo niemal zawsze czuję jego smak na języku a przecież usta mam wtedy zamknięte. 
W kwestii oczyszczania jestem bardzo zadowolona - czuję to a dodatkowo po waciku z płynem micelarnym czy tonikiem widać, że twarz jest czysta. Przez to, że żel jest bardzo gęsty to ciężko zrobić nim dużą pianę i może wydawać się dość tępy w użyciu, ale ostatnio zaczęłam stosować go z gąbką Konjac i odrobina produktu wystarczy, aby naprawdę dogłębnie oczyścić twarz (czasem, przy mocniejszym makijażu, stosuję ten duet także wieczorem, po oczyszczeniu pianką). Nie podrażnia a raczej łagodzi podrażnienia, przy regularnym stosowaniu nie wysusza skóry na wiór, ale wiadomo, że przy tego typu produktach nie ma co czekać za długo z tonikiem czy płynem micelarnym.

Cena:
ok. 20 zł (w promocji)/150 ml

Skład:





Głęboko oczyszczający żel Clearskin to według mnie raczej krem oczyszczający czy taki produkt w typie ziajowej pasty z serii liście manuka (choć jest dużo gęstszy), z pewnością nie nazwałabym tego żelem. Konsystencja jest bardzo gęsta, w środku daje się wyczuć nawet drobinki peelingujące, które zanikają podczas rozcierania na twarzy. 2/3 tubki jest przezroczyste, więc doskonale widać kolor tego kremu - niemal czarny jak czarne mydło, w kontakcie z wodą na twarzy kolor zmienia się w szary. Nie pieni się, raczej tworzy taką oczyszczającą maź, która ma się wrażenie, że zostawia lekko tłustawą warstwę ochronną na twarzy, jednak po zmyciu tego wodą, skóra jest gładka i aż skrzypi. Dodatkowo jest totalnie matowa. Nie próbowałam nim zmywać czy domywać makijażu.

Zapach taki jak większości produktów linii Clearskin, bardzo chemiczny. Twarz po nim również jest dobrze oczyszczona a na waciku nie widać szarych śladów a właśnie bałam się, że ciężko będzie to usunąć. Nie podrażnia, nie wysusza, nie powoduje uczucia ściągnięcia. 


Cena:
ok. 12 zł (w promocji)/125 ml

Skład:


Podsumowując, uważam, że oba żele są godne polecenia. Jeśli szukacie czegoś, co dobrze spisze się przy oczyszczaniu to warto je wypróbować, jednak nie są to produkty do demakijażu. Oba są bardzo wydajne, składowo lepiej prezentuje się żel Clearskin (cenowo również), więc to chyba jemu przyznaję pierwsze miejsce, ale punktacja dla obu jest bardzo wyrównana. 


Znacie je może?